Przy jaglance

By | 11/09/2015 Skomentuj
Nie mogłam uwierzyć, że drzwi otworzyła mi moja Jagódka. Niedbale upięte włosy na czubku jej głowy i zero makijażu, przez co wyraźnie dostrzegłam sińce pod oczami. Ubrana w powyciągany dres, który o litości, pamiętam z czasów jej liceum. Kupiła go na stadionie dziesięciolecia. Co ten ciuch robi w jej szafie?

- To ty masz jeszcze ten dres? - całuję ją w oba policzki na powitanie.

- Widzisz, jaka jestem sentymentalna. Wygrałam w nim bieg na sto metrów. Oho, nieźle sobie poryczałaś. Chodźmy do kuchni. Jesteś głodna?- pyta.

- Co się głupio pytasz? Jak powiem, że nie, to mi uwierzysz?

Siadam na fotelu w kuchni. Tak, moja Jagódka wywaliła spod okna stół kuchenny i wcisnęła w kąt jakiś pluszowy antyk. Bardzo zresztą wygodny. Obok stanął mikroskopijny stoliczek, na którym z trudem zmieszczą się dwie filiżanki. Na ścianie zawisł uroczy kinkiet i dwa obrazy. Siadając, potknęłam się o jej służbową torbę. Aha, jesteśmy więc w gabinecie. Jagódka wyjęła mały rondelek, wsypała do niego szklankę kaszy jaglanej i zalała to wodą.

- Zaraz będziemy miały śniadanie. Obierzesz dwa jabłka, to dorzucimy je sobie do jaglanki? Lubisz?

- Ja wszystko lubię- dziwi mnie jej pytanie.

Rozglądam się po kuchni. Brudne naczynia w zlewie, a ona zawsze przecież  odruchowo sprząta po sobie. Musi być zawalona robotą. I jest. Cały parapet kuchenny wyłożony dokumentami świadczy o tym, jak bardzo zaangażowana jest w pracę. Jagódka stawia przede mną kawę, rzuca na podłogę jakąś poduszkę  i sama na niej siada.

- O rany! Zajęłam jedyne miejsce! - czuję się strasznie głupio.

- Siedź! Jest mi tutaj naprawdę dobrze. Przepraszam, że tak cię przyjmuję… W małym pokoju póki co igły nie wciśniesz, a w dużym śpi Daniel.

To musi być dla niej trudne. Przenieść się z kilkuset metrów na zaledwie pięćdziesiąt parę… Co innego w drugą stronę, ale tak… To jest dla niej trudne. Blada, zmęczona i zaniedbana. Chciałoby się wręcz powiedzieć „Witaj w realnym życiu droga Jagódko”. Ludzie na takim metrażu dzieci wychowują i psa trzymają. Mało kto mieszka w apartamentach. Z tym, że to jest moja siostra i bardzo mi jej żal.

- Jak się czujesz? - pytam.

- Dobrze. Mam sporo pracy, ledwo to ogarniam. A ty?

- Ja też. Zanosi się na to, że podpiszą ze mną umowę - mówię.

- Świetnie! Popatrz, udało ci się.

- Wcale tak tego nie czuję. Aczkolwiek tak, masz rację, mogę chyba odetchnąć.

- To w czym problem? - zaniepokoiła się

- Karol chce emigrować z Polski.

- On też? No, to w sumie może i dobrze. Zawsze to tam łatwiej się żyje. Germania?

- Daj spokój! Nie ważne gdzie… Wymyślił sobie Australię.

- A to już trochę bardziej skomplikowane. Z tym, że dla chcącego nic trudnego. My Polacy w tej ciężkiej desperacji potrafimy być naprawdę pomysłowi. Spryt, narodowa cecha, na obczyźnie bardzo pomocna. To czym się martwisz? Niech jedzie i zobaczy! Będzie tam lepiej, to rzucisz to wszystko.

- Ty byś rzuciła?

- Szczerze? Najszybciej siebie z mostu. Ale wiesz, twarda jestem, to nie mogę. No i samobójstwo to grzech.

Zamieszała jaglankę w rondelku. Dorzuciła pokrojone w kostkę jabłka. Zapach rozszedł się po całej kuchni. Aż mnie zacisnęło w żołądku. Z głodu, czy z niepokoju o nią? Nigdy nie widziałam, żeby miała jakiekolwiek załamanie nerwowe. Zawsze opanowana, dystyngowana i z klasą. Okazywanie skrajnych emocji jest dla Jagódki po prostu nieeleganckie. Nasza rodzinna lady.

- Nie strasz mnie, dobrze? Nerwy ledwo trzymam na wodzy… Z powodu tej przeprowadzki? Słuchaj, podniesiecie się!

- Daj spokój! Nie pocieszaj mnie, bo nie trzeba… Tak tylko mówię od rzeczy. Mam dzisiaj wisielczy humor. I co mi zrobisz? Jedzonko gotowe! Zobaczysz jakie pyszności! Wcinaj!

Hm, naprawdę mi smakuje. Kto wie, może zacznę jeść kaszę jaglaną? O ile czas mi na to pozwoli. W końcu trzeba go trochę mieć, żeby stanąć nad tym garnkiem. Tym bardziej, że to się może łatwo przypalić. Na samo wspomnienie, mój mózg natychmiast przywołuje z zakamarków pamięci swąd spalenizny. Odstawiam miskę, przypalona kasza już mi tak nie smakuje. Nagle robię się strasznie zmęczona.

- I jak my będziemy żyć? - pytam Jagódkę.

- To ty jesteś starsza, ty mi to powiedz… Jeśli myślisz, że znajomość nauk prawniczych ułatwi mi odpowiedz na twoje pytanie, to jesteś w błędzie.  

- Dzisiaj rano myślałam, że najważniejsze jest to, żeby wyciągać z życia właściwe lekcje i nie dać się złamać. Stale próbować by było lepiej.

- No, to już wiesz. Bycie optymistką wiele ułatwia. Naprawdę! A tak w ogóle, to masz ten nastrój dlatego, że jest listopad. To po prostu chandra. Zrób w domu jakieś przemeblowanie, wytrzeb dywan, idź do empiku.

- Nie pojechałabyś do Zadupia?- pytam.

- Teraz? Nie. Nie dam rady.

- Przecież możesz zabrać ze sobą wszystkie te dokumenty. Co cię powstrzymuje? Nie masz na paliwo? Ja mam.

- Nie, to nie o to chodzi… Zobaczą mnie i od razu mama będzie wiedziała..

- Jasne, bo teraz to nie wie! Tygodniami się do niej nie odezwiesz. Jak sądzisz, co ona sobie myśli? Albo, że ją olewasz, albo, że coś ukrywasz. Którą wersję wybierasz?

- To brak wiadomości nie jest już dobrą wiadomością?

- Przestań,  pani mecenas do kogo ta mowa?  Proszę się bardziej przyłożyć.

- Nie… nie pojadę…. Jeszcze nie pojadę- odwraca wzrok w drugą stronę.

- Wiesz, że za każdym razem mnie pyta czy mam z tobą kontakt?

- Zadupie, to nie jest balsam na moje bolączki! Jest wręcz odwrotnie! Może ja nie chcę tam pojechać, ok.?

- Ok…

Czar więzi rodzinnej prysł. Zjadłam kaszkę, wypiłam kawkę, pogadałam…. spadam. Może ja też działam na nią toksycznie? Ona lubi być twarda, a ja tu jęczę.

- Nie musisz jeszcze iść… - zareagowała gdy wstałam.

- Muszę. Ale dzięki za śniadanie.

Odprowadziła mnie do przedpokoju. Słyszę z głębi mieszkania, że Daniel ogląda telewizję, nawet naszą stację. To do niego nie podobne, żeby nie przyjść i się nie przywitać. Mam zawołać „Cześć Pachnący!”? Po co?  Skoro on nie chce oglądać ludzi na oczy, to nie chce. Na dworze  pożałowałam, że przyjechałam tutaj samochodem, bo chętnie bym się przeszła. Przestało padać i jest nawet dość ciepło. Jakieś dziesięć stopni na plusie. Powietrze jest takie fajne. Zaparkuję samochód pod blokiem i przejdę się chwilę- planowałam.  Sama nie wiem jak to się stało, że skręciłam w zupełnie przeciwnym kierunku. Pojechałam do Centrum Sporo ludzi dzisiaj się tu kręci. Rodziny spacerują z małymi dziećmi, starsi ludzie, grupki młodzieży. Wszystkich wymiotło z domu. Wstrzeliłam się w wir przechodniów. Jestem jedną z nich. Idę sobie gdzieś bez pośpiechu. Oglądam wystawy mijanych sklepików. To tutaj jest tak szalenie drogo. Ceny, jakby dla ludzi zupełnie innej kategorii. Wchodzę na deptak. Jakaś studentka maluje obraz, ktoś trochę dalej gra na skrzypcach. Zatrzymuję się na chwilę żeby posłuchać. Nie wiem, czy chłopak ma talent, nie znam się na tym. Na pewno natura nie poskąpiła mu odwagi. Czy ja bym tak potrafiła? Być może tak. Wszystko jest lepsze od agonii. Może to jego ostatni sposób na to, żeby jeszcze tu żyć?      



zdj. zagotowani.pl
Nowszy post Starszy post Strona główna

0 komentarze: