Pani Gosia miała stłuczkę. Wymusiła pierwszeństwo „Bo ten drugi się wahał czy ma stać, czy jechać”. Podjęła decyzję za niego i docisnęła pedał gazu. Potem się zdenerwowała, bo ten palant uszkodził jej samochód. Przyjechała do TM bardzo wzburzona. Na swojego męża „niemotę”. Nie wiem co prawda dlaczego jej przystojny i bardzo kulturalny mąż jest akurat niemotą, ale nie muszę znać odpowiedzi na wszystkie pytania. Za to Basia odważnie zapytała co on jej takiego zrobił?
- Jak to co?! Nie załatwił sprawy po męsku! - krzyknęła aż jej tarczycę wywaliło.
- Po męsku, czyli miał się bić z tym gościem, co go pani puknęła? - Baśka robi wielkie oczy.
- Jakie znowu bić! Gotówkę wziąć!
- Chyba raczej pani zapłaci mu tę gotówkę. Oczywiście ze swojego ubezpieczenia- Basia nie odpuszcza.
- Dlatego mówię, że chłop mi się trafił bez jajeczny! Pozwoliłby zedrzeć ze swojej żony ostatnią koszulę. A ja tyram i się staram. Dla kogo?
- To on nie pracuje?- dziwi się Basia.
- A ty Basiu coś podejrzanie go bronisz… - zreflektowała się pani Gosia.
- Prawda? To dziwne, że nie mam w nienawiści całego męskiego rodu.
- Czy ciebie przypadkiem mąż zostawił? - teraz zagościł na jej twarzy złośliwy uśmieszek.
- Tak, to prawda. Bo przypadkiem wredna dla niego byłam. A wredne wcześniej czy później zostają na lodzie - Nie do wiary, ale Baśka puściła do niej oczko - Dobrze pani radzę, niech się chociaż pani w porę zreflektuje.
I trzask drzwi. Taki, że aż podskoczyłam na swoim krześle.
- Musiała się poczuć urażona… Dlaczego jej nie odpuściłaś? - spytałam.
- Naiwna baba! Myśli, że miarą sukcesu człowieka jest kasa. Wszystko w życiu sprowadza tylko do pieniędzy. Biedna bo musi pokryć koszty własnej głupoty! Niech się cieszy, że nie zabiła tego gościa.
- Co masz przeciwko kasie? Ja tam wolę ją mieć niż jej nie mieć- mówię.
- Jasne, dopóki nie stracisz kogoś bliskiego, albo zdrowia.
W obliczu takiego argumentu podwinęłam ogon pod siebie. Potem drzwi się ponownie otworzyły. W pierwszej chwili przestraszyłam się, że to pani Gosia wraca i dopiero teraz zrobi nam jazdę.
- A Wolińskiej co się stało? - zapytał Sebastian - Coś jej zrobiłyście?
- My? Dlaczego my? Ona ma męża niemotę, to ten ją krzywdzi. - wypaliłam.
- Aha, no tak. Samanto masz opóźnienie.
- Oj przeeepraaszaaam!- spróbowałam sparodiować znaną kabarecistę - Bo ja głupia dzisiaj w nocy poszłam spać!
- No to się opamiętaj! - pogroził mi szef - Tu się tyra, a nie śpi! Do roboty! Baśka czemu bąki zbijasz? Do mnie zapraszam na dywanik.
- Ja też? - pytam
- Nie dzisiaj. Nadrabiaj zaległości.
To nadrabiam. Montuję cały dzień bez ustanku. Aż mam odciski na tyłku. (Ciekawe jaka to jednostka chorobowa?). Kręgosłup daje mi popalić, a oczy wymagają odpowiedniego zakroplenia. Siedzę tak o suchym pysku i bez słowa uznania z czyjejkolwiek strony. Marzę o zapiekance na cieście francuskim. Z szyneczką, cukinią, pomidorkiem i mozzarellą. Na to trochę fajnych przypraw i voila. Pycha! Mógłby mi ktoś czasami obiad ugotować. A ja jak zwykle tylko o jednym!
Mijają godziny, a mi nadal w głowie brzmią słowa przyjaciółki. Te o utracie bliskiej osoby lub zdrowia. Kaśki znów nie ma w pracy. W TM wszyscy myślą, że jest w ciąży. To najprostsza droga do zinterpretowania jej wymiotów, pseudo „wirusa”, bladości, wychudzenia (podobno w pierwszym trymestrze ciąży tak może być. Nie wiem, jak dotąd nie zaciążyłam ani razu), sińców pod oczami i w ogóle marnego wyglądu. Innym słowem tajemnica Poliszynela w tym studio to „Kaśka źle znosi ciążę”.
Plotkują wszyscy bez wyjątku. Są nawet konkretne ugrupowania popierające Weronikę lub współczujące Kaśce. Trochę mnie to dziwi, bo ona tak gwiazdorzyła, że w zasadzie nikt jej tu nie lubi. Absolutnie nikomu do głowy nie przyjdzie, że ta piękna, inteligentna i młoda kobieta ma nowotwór. Ale ja wiem. Choćby miała miliard euro na koncie w sytuacji, w której się znalazła, nie byłaby szczęśliwa.
Potem w socjalnym wpadłam na Sebastiana. Zasypywał mnie pytaniami odnośnie reportażu, nad którym pracuj, ale ja ledwo go słuchałam. Bowiem przez cały czas biłam się z myślami, czy go o nią zapytać i jak najtaktowniej to zrobić? W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam po prostu.
Mijają godziny, a mi nadal w głowie brzmią słowa przyjaciółki. Te o utracie bliskiej osoby lub zdrowia. Kaśki znów nie ma w pracy. W TM wszyscy myślą, że jest w ciąży. To najprostsza droga do zinterpretowania jej wymiotów, pseudo „wirusa”, bladości, wychudzenia (podobno w pierwszym trymestrze ciąży tak może być. Nie wiem, jak dotąd nie zaciążyłam ani razu), sińców pod oczami i w ogóle marnego wyglądu. Innym słowem tajemnica Poliszynela w tym studio to „Kaśka źle znosi ciążę”.
Plotkują wszyscy bez wyjątku. Są nawet konkretne ugrupowania popierające Weronikę lub współczujące Kaśce. Trochę mnie to dziwi, bo ona tak gwiazdorzyła, że w zasadzie nikt jej tu nie lubi. Absolutnie nikomu do głowy nie przyjdzie, że ta piękna, inteligentna i młoda kobieta ma nowotwór. Ale ja wiem. Choćby miała miliard euro na koncie w sytuacji, w której się znalazła, nie byłaby szczęśliwa.
Potem w socjalnym wpadłam na Sebastiana. Zasypywał mnie pytaniami odnośnie reportażu, nad którym pracuj, ale ja ledwo go słuchałam. Bowiem przez cały czas biłam się z myślami, czy go o nią zapytać i jak najtaktowniej to zrobić? W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam po prostu.
- Sebastianie, co z Kaśką?
Popukał łyżeczką w swój kubek. Nie patrzył mi w oczy. Widziałam wyraźnie, że analizuje co mi odpowiedzieć.
- Sama możesz ją o to spytać. W dobie tak posuniętej techniki to nie problem. Zawsze można przecież zadzwonić.
- Ok. Dzięki za sugestię.
Wracam do komputera, piję kawkę i myślę o tym, co jej powiem. Mam zacząć tak po prostu „Hej tu Samanta. Jak się czujesz?” Głupio, bezdusznie i banalnie. Tak na odwal. Przecież wiadomo, że skoro nie chodzi do pracy to nie jest z nią za dobrze. Tutaj pracują sami pracoholicy i maniacy. Zostają w domu naprawdę wtedy, gdy ręką, nogą ruszyć nie mogą. Na pewno byle katarek nikogo nie zatrzyma. Ciągle w biegu i ciągle do przodu. Wiecznie daleko do mety. Cały etat w TM to droga pod górę. Czasami się zastanawiam, co takiego jest tam, na tej górze? Czy aby warto? Dobrze! Idę na żywioł. Będzie jak będzie. Po kilku sygnałach Kaśki komórkę odbiera obcy kobiecy głos.
- Dzień dobry! Czy mogłabym rozmawiać z Kasią?- pytam.
- Dzień dobry!- wnioskuję, że głos należy do dojrzałej kobiety - A kto mówi?- ona też pyta.
- Jestem Samanta. Pracujemy razem.
- Proszę zaczekać.
Czekam. Czekam. Czekam. Głupia sprawa, chyba zadzwoniłam nie w porę. To może ja później spróbuję?
- Samanta? - nareszcie słyszę jej jakby zaspany głos.
- Hej! Obudziłam cię swoim telefonem? Przepraszam, nie zamierzałam.
- Nie przejmuj się. Nie spałam. Cieszę się, że zadzwoniłaś. Co słychać?
Tego się obawiałam najbardziej. Mam jej opowiadać jak nam się w tej firmie zdrowo żyje?
- Co chciałabyś wiedzieć?- idę na skróty.
- Jesteś zapewne zawalona robotą. To miłe, że znalazłaś czas na telefon do mnie. Jak wypadł ten program o ratuszu?
- Spoko. Spora oglądalność, sporo maili i komentarzy.
- Ludzie karmią się sensacjami.
- Nie powiem, żebyś nie miała racji.
- A my i tak podkręcamy większość w zależności od zapotrzebowania.
- Miałaś świetny lektorat! Naprawdę dobry!
- Dzięki, coś po mnie pozostanie.
Ludzie co ja mam jej powiedzieć? Nie bądź mazgajem? Walcz? Staniesz na nogi?
- Mogę cię odwiedzić?- sama jestem zdziwiona swoją propozycją.
- Po co?
- W Lidlu jest promocja pomarańczy. Będę brała dla siebie. Przywieźć ci na sok?
- Chcesz mnie truć dodatkową chemią?
- A skąd ja ci wytrzasnę ekologiczne pomarańcze? Sok pomidorowy to jeszcze rozumiem, ale pomarańcze???
- Może być sok pomidorowy. Przyjedź jak moja matka już pojedzie. Tak po dziewiętnastej.
Matki nie zawsze są takie złe. Dzięki mojej mam ułatwioną sprawę.. W moim mieszkanku czeka na mnie piękny soczek z ekologicznych, zadupińskich pomidorów. My z Karolem i tak ich nie pijemy. Biorę się za pracę ze zdwojoną energią. Za oknem było już ciemno, gdy Sebastian ponownie zajrzał do mojego pokoju.
- Dzięki.- powiedział krótko.
- Jedziesz do Kubusia? I Weroni..?
- Tak. Cześć- szybko zakończył rozmowę.
- Cześć.

0 komentarze: