Brakujące ogniwo

By | 8/24/2015 Skomentuj
Jestem smutna. I to tak bardzo, że boli mnie mój własny oddech. Nie daję rady żyć, nawet tu na tym Zadupiu. Schowałam się pod poduszkę i gdyby nie miłość do moich bliskich pozostałabym tam do grudnia popołudnia. Do tego cały zewnętrzny świat kona z pragnienia. W mieście to wszystko wygląda jakoś inaczej. Słońce jest kochane, lato pożądane, a problem suszy przeleciałby gdzieś obok mnie. Tutaj patrzę na usychające brzozy, konające trawniki, poparzone pomidory i wyschnięte pola. Z całą siłą dociera do mnie podstawa strachu ludzi o swój byt. O przyszłość bliższą i dalszą. Młodych na tym Zadupiu pozostało niewielu. Masowo uciekają tam gdzie mogą egzystować na przyzwoitym poziomie. Córka naszych sąsiadów w Niemczech samodzielnie się utrzymuje i odkłada lekką ręką miesięcznie 500 euro. Pracuje w przetwórni drobiu. Oczywiście jest mgr, ale nawet tam nie mogła na wiele  liczyć. Często odnoszę wrażenie, że my wszyscy  jesteśmy jednym, wielkim dawcą organów.  Drenuje się nas i z premedytacją wpędza w stan agonii. Czuję ten wszechobecny klimat beznadziei. Zupełnie jakby  ktoś musiał umrzeć, żeby ktoś mógł żyć. Proste jak drut.

Tęsknię za Karolem. Potrzebuję kogoś własnego i bliskiego. W mojej duszy  to on jest taką osobą. Piszę SMS a, czytam go i koryguję te swoje wypociny. Nadal mi to wszystko zalatuje sztucznością. Decyduję się na kontakt prawie bezpośredni. Chcę go usłyszeć, ale jeszcze bardziej chcę mu powiedzieć co czuję.  Zdaję się na odruch serca.

- Hej, Sam- słyszę jego głos, a to, że jest przyjazny, rozkłada mnie na łopatki.
- Karol… zabierz mnie do domu.
- Ok.
- Tak po prostu?- dziwię się
- Ja też za tobą tęsknie .
- Karol, tu nie chodzi o tęsknotę. Jest mi bardzo, bardzo żle. Już sobie nie daję rady.
- Jutro przyjadę. Sprawdzę jakie mam połączenie.

No tak, zapomniałam, że został mu jako środek transportu tylko rower. Raczej nim do Zadupia nie przyjedzie.

- Wyjadę po ciebie. Muszę być z tobą, znaczy się, pogadać i …och Karol.

Oboje wybuchamy śmiechem. Ja robię to przez łzy, ale o rany jak to dobrze, że on istnieje, że nie olał mnie tak do końca, że tęskni. I śmieje się razem ze mną.

- Samanto, to fajnie, że zadzwoniłaś. Sprawdzę jakie mam do ciebie  połączenie. Pogadamy wieczorem.

Mam ochotę zatańczyć. Tak niewiele potrzeba by mnie uszczęśliwić. Tak niewiele? Karol jest tym brakującym ogniwem. Tym moim tlenem i sensem. Celem i spełnieniem. Jak dobrze, że jest. Wyskakuję ze swojej norki jak oparzona. Gonię po domu w poszukiwaniu kogokolwiek żeby oznajmić

- Karol jutro Przyjeżdża! Kto staje ze mną do garów?- drę się na całe gardło.

Karol kocha leczo. To nie problem. Na Zadupiu pomidorów, papryki, kabaczków i tych innych składników, rośnie w ogrodowej folii w brud. Kto to przeje? A i kiełbaska swojska, pachnąca się znajdzie. Młodszy o pięć minut bliźniak  wyraża gotowość asysty w kuchni. Ma gość kulinarną smykałkę. Do Okrasy mu daleko, ale dobrze jest go mieć  pod ręką. Puszczamy muzę i ruszamy z kopyta. Będzie leczo jak ta lala. I nie tylko! Młody ma swój patent na faszerowaną cukinię z czymś tam. Akceptuję jego propozycję. Ojcuś usłyszawszy, że zięć zawita w jego wsiowe progi goni do piwniczki. Wiadomo po co. Mama ma ochotę go  z tej drogi zawrócić i krzyczy

- Ty mi koguta zatnij! Rosołku z lubczykiem zrobię. A kluseczki to ze szpinakiem do rosołku będą pasowały?- z tym pytanie rzecz jasna zwraca się do nas,  bo po ojcusiu już nie ma śladu. Robi remanent w piwniczce. Tam to jest dopiero ogrom wszelkiego dobra, gdyby ktoś chciał wiedzieć. Ale cicho sza.

- I to jak! Będą pasowały! - mówię - Ale samo leczo wystarczy. Karol je zje na śniadanie, obiad i kolację.
- No coś ty!- zgromiła mnie mama słowem i okiem - Strudzonemu  zawsze się u nas w domu rosół podawało.
- Mówiłaś, że choremu
- Nigdy w życiu! Choremu podajemy zupę cytrynową.

Ogarnia nas fala szczęścia. Ojcuś zdecydowanie się do tego przyczynia. Przyniósł nam z piwniczki swój trunek do degustacji. Trunek jest bomba. Wirujemy po całej kuchni w rytm "Heartbeat" Margaret. Młody ciapie cebulę. Życie nie jest takie złe! Alex zagląda przez kuchenne okno. Mama specjalnie z jego powodu zdjęła firankę, gdy zorientowała się, że ta podglądacza  czynność bardzo psinę uspokaja. Jest dobrze. Karolku, będzie leczo, Takie jak lubisz. Zespół wespół ci je gotujemy.

 - To zrobimy jutro grilla czy ognisko? - pyta starszy bliźniak
Po namyśle mama decyduje
- Będzie grill i szaszłyki. Sałatka ziemniaczana z koperkiem, skrzydełka i
- Pomidory z cebulą- wchodzi jej ojcuś w zdanie- To fundament każdego grilla- kontynuuje.
- Niech Samanta zdecyduje co będzie.
- Dobrze, będzie to wszystko, ale potem się zmywacie, ok.? Muszę pogadać z Karolem. Nie zamierzam się kłócić- uprzedzam niechciane insynuacje.

Nie wiem jak to się stało, ale w domu tworzy się rodzinna impreza. Dzwonimy do Jagódki. Pozdrawiamy ją i  zapraszamy na grilla. W odpowiedzi słyszymy

- Tęsknię  za wami, ale nie dam rady zamknąć kancelarii. Mam nową aplikantkę i może się kiedyś wyrwę. Tylko, że do Celebryty przyjeżdża weterynarz z drugiego końca Polski. Mój koniś znaczy. Już dwa tygodnie na nim nie siedziałam. Tato, mam stary kufer, zrobisz coś z tym?

My też za nią tęsknimy. Mama wyciąga  album ze zdjęciami. Jesteśmy tu wszyscy razem, całą rodziną. Mazury, Hel, Solina. Szczawnica. Kawał naszego życia. Jagódka taka roześmiana. Ja taka naburmuszona.

Ojcusia winko lekko mi wchodzi .Mimo, że jak na mój gust za bardzo zalatuje drożdżami.  Robię sobie wielką kanapkę. I wtedy do mojego serca zakradł się jakiś zimny, obślizgły, podstępny wąż. Nie rób tego Samanto! Odłóż to jedzenie! Nic z tego, jak impreza to impreza! Spadaj wężu!



Nowszy post Starszy post Strona główna

0 komentarze: