Przeżyłam coś naprawdę wyjątkowego. Wzruszającego do łez. Radość z cudzego szczęścia! I, żeby było naprawdę niesamowicie, to wszystko zaczęło się od pogrzebu. Tak, tak, to nie żart. Zresztą z pogrzebu się nie żartuje… W każdej rodzinie jest czarna owca. Ja osobiście kilka takich znam. Jedną z nich był wujek mojego męża. Był, bo zmarł nagle i niespodziewanie. Za swojego życia zdążył skłócić się z całą rodziną i umarł na atak serca w zupełnej samotności. Wiele lat temu przepędził swoją żonę z siedmiomiesięczną córeczką. Po rychłym rozwodzie niechęć do żony przelał na swoją jedyną córkę. Córka ta widziała tatusia dwa razy w swoim życiu. Raz, gdy była małą kilkuletnią dziewczynką, drugi raz w wieku osiemnastu lat, gdy jako pełnoletnia już osoba musiała tatusiowi wnieść sprawę do sądu o podwyższenie alimentów. Na tej rozprawie szanowny tatuś zwracał się do swojej jedynaczki per Pani. Nie trzeba kończyć psychologii, żeby odgadnąć, jakie uczucia przez całe życie wzbudzało w tej dziewczynce słowo „Tatuś”. Któregoś dnia, w późnych godzinach wieczornych, odebrała telefon. Ktoś, podający się za całkiem bliskiego krewnego, informował ją, że właśnie dziś zmarł jej ojciec. Czy przyjedzie na pogrzeb?
- Ale ja go nie znam… On mnie wydziedziczył, nie chciał znać…
- Przyjedź!
Przyjechała ze swoim synem… Nie wiedziała nawet, jak trafić do domu ojca. Krewni ze strony jej zmarłego ojca zajęli się nią życzliwie. Tłumaczyli, dlaczego nie utrzymywali kontaktu. Bo twoja mama, bo twój tata, bo tak głupio wyszło. „Znaleźliśmy w jego domu pieniądze, one należą się tobie”. Było to dla niej nie do pomyślenia. Tyle lat przeżyła bez ojca i jego wsparcia, a teraz… Popłakała się…
- Wybudował nowy dom na wsi. Teren wokół tego domu, to półtora hektara ziemi. Musisz zdeklarować czy przyjmiesz spadek. - mówili członkowie jej nowo odzyskanej rodziny.
Zastanawiałam się, co zrobi? Wiadomo, świat jest materialny. Kto z nas żyjących wzgardziłby takim spadkiem?
- Nie wiem, co miałabym z tym zrobić? - powiedziała zaraz po pogrzebie - Mieszkamy i pracujemy w Warszawie.
W trakcie rozmowy wyszło, że to warszawskie mieszkanko, to komunalnik o powierzchni niespełna trzydziestu metrów.
- Nigdy nie byłam zamożna. Moja mama nie wyszła po raz drugi za mąż. Mieszkałyśmy w takich miejscach, że o jedzenie trzeba było walczyć ze szczurami. Mój mąż też nie jest bogaty.
Mamy dwudziesty pierwszy wiek… To Polska, a jednak żyją wśród nas ludzie skrajnie biedni i nieszczęśliwi. Byłam bardzo ciekawa, jak się sprawa potoczy. Siedlisko wuja mego męża ma naprawdę potencjał. Stojąc na tarasie tego domu pomyślałam, że ktoś mógłby tu być naprawdę szczęśliwy. Dlaczego nie ona? W głębi serca bardzo jej tego życzyłam.
- Spadek przyjmie na siebie oficjalnie mój syn. Ja nie mogę… to mieszkanie komunalne w Warszawie… Stracę je, jeśli będę miała gdzieś jakiś dom. A tam mamy z mężem pracę. Odetchnęłam z ulgą. Marek to sympatyczny, młody informatyk. Z aparycją zbliżoną do Bogumiła Niechcica. Muszę mu tylko kupić kapelusz słomkowy, bo na lato będzie miał jak znalazł. Oczywiście dom jest nowy, ale stan jego zabrudzenia i zaniedbania wymaga porządnego zakasania rękawów. Dzisiaj do niego zjechali całą swoją trzyosobową rodzinką. Czyszczą, segregują, porządkują i marzą. Ugotowałam sosik do placka z kabaczkiem. Zapakowałam ten gorący posiłek i zawiozłam im na wieś. Przyjęli mnie bardzo serdecznie. W ich oczach zobaczyłam prawdziwe szczęście. Pałali nieprawdopodobnym entuzjazmem. W ich życiu zdarzył się cud. Stali się właścicielami domu, usytuowanego na tak ogromnej działce. Panowie ciężko fizycznie pracowali.
- Chodź, pokażę ci coś - Ewa pociągnęła mnie za rękaw - To była jego sypialnia. Tutaj spał. To jego szafa. Zobacz jaka stara i piękna.
- Wiem, widziałam ją już kiedyś. Należała do twoich pradziadków.
- Naprawdę???
- Tak. I to łóżko też.
Ewa pogłaskała pieszczotliwie swoją dłonią drzwi szafy.
- Taka piękna… I te okucia są niesamowite. Znalazłam jego papiery. On bardzo dużo pisał różnych listów. Do redakcji gazet, do radia, do urzędów. Kłócił się z kimś o drogę… Czy ja mam do tego prawo?
- Tak! Zrobicie notarialne poświadczenie dziedziczenia.
- Czy mam moralne prawo?
- Masz! Masz i jeszcze raz masz! Jestem przeszczęśliwa, że to odziedziczyłaś.
- To brzmi jak bajka… Nigdy bym nie przypuszczała, że takie coś mnie spotka… że jego rodzina na to pozwoli. Wiesz, ja cały tydzień marzyłam o tym, żeby kupić róże i posadzić je wzdłuż tej balustrady. Aż tu dzisiaj patrzę, a on jesienią kupił róże. Zakopał je w ziemi, pewnie na zimę, jeszcze z metkami. Podejrzewam, że planował je wiosną zasadzić na stałe miejsce.
- Hm, to dostałaś od ojca róże.
Oczy jej się zaszkliły. Nie robiła w tym domu dzisiaj porządków. Szukała swego taty. W każdym zakamarku. Od piwnicy po strych. Nareszcie go poznawała. Patrząc na całą ich trójkę moja dusza śpiewała. Chciałoby się rzec, a jednak jest na tym świecie jakaś sprawiedliwość! Wszystko może się zdarzyć. Dzisiaj nie masz nic, jutro twój los może się diametralnie odmienić. Komu jak komu, ale Ewie szczęście się należy. Bardzo ją polubiłam. Ujęła mnie za serce swoją skromnością i naturalnością. Cała ta ich historia przywróciła mi wiarę w życie. Jakie to cudowne uczucie! Ile siły można zaczerpnąć, tylko z samej obserwacji ludzkiego szczęścia. To fantastyczne! Będąc egoistą tak wiele się traci.
- Jeśli bym nie przyjęła tego spadku, to kto by to dostał? - zapytała Ewa.
- Mój teść.
- Czyli prawie twój mąż i ty…
- Tak, z tym, że my tego nie potrzebujemy tak bardzo jak ty. To i tak niewielka rekompensata za to, co przeżyłaś.
- Jesteście niesamowitą rodziną! Aż trudno uwierzyć co jak tak naprawdę odzyskałam.
Nie zabierałam im więcej czasu. W końcu mają tam sporo pracy. Zjedli mój obiad. Sos był jak dla nich za pikantny, ale trudno, ja tak lubię. Będą musieli się przyzwyczaić do mojej kuchni.
- Ewo, róże chętnie z tobą wiosną posadzę - powiedziałam na pożegnanie.
- Naprawdę? Mogłabyś?
- Oczywiście!

0 komentarze: