Jutro znów muszę być twardzielką

By | 10/22/2015 Skomentuj
I wtedy zapadła cisza. Tak ciężka, że wgniotła mnie w szpitalne krzesełko. Oni milczeli, a ja niestety nie zapadłam się pod ziemię. Nie jestem idiotką. Doskonale wiem, że teraz, w tym konkretnym momencie, nie powinno mnie tu być. Czas zakończyć to rendez-vous. Tym bardziej, że ono wcale nie jest z moich snów. Nie dzieje się też tym razem tylko w mojej wyobraźni. Nie wiem kim jest Helena i nie chcę się dowiedzieć. Nie chcę się domyślać dlaczego Sebastian zadrżał, zbladł i ponownie klapnął na krzesełko. Niestety tuż obok mnie.

- Od kiedy to się dzieje? - wyrzucił z siebie jakimś nie swoim głosem - Heleno, dlaczego ja nic nie wiem?

Nie odpowiadaj mu!

- Seba… to ja lecę. Zgoda? - zapytałam.

Oboje jakby dopiero teraz zauważyli moją obecność. To dziwne, bo filigranowa to ja nie jestem. Trudno mnie nie zauważyć.

- Przepraszam cię Samanto- powiedział.

- Jasne. Do jutra!- żegnam się.

Odeszłam na miękkich nogach. Nie zakładałam kurtki. Deszcz nie jest wcale taki zły. Za to powietrze, przecudne. Odpalam silnik, zapinam pasy, włączam wycieraczki. Do domu! Parkuję na naszym miejscu pod blokiem i wtedy strach wgryzł się mocno w moje gardło. Lęk niczym wampir pozbawił mnie gwałtownie sił. Co jeśli Marcin czai się gdzieś na mojej klatce schodowej?- przyszło mi do głowy- Mógł przecież wrócić i dokończyć ze mną swoje porachunki. Jest ciemno, pada, a za rogiem czai się psychopata. Odruchowo zamykam auto od środka. Za Chiny się stąd nie ruszę! Już widzę nekrologi ze swoim nazwiskiem… Mama płacze, a Karol żeni się z jakąś ślicznotką, która wywala mój wrzos- wyobrażam sobie- Po moim trupie! A jakże, tak się właśnie stać może. Z tym, że ja się na trupa jeszcze nie kwalifikuję. Na pewno zanim nie schudnę. Tuż obok mnie parkują moi sąsiedzi. Plotkara, jej mąż i syn ancymonek. Super! Ludzie jak ja się cieszę, że was widzę!

- Dobry wieczór! - wołam radośnie w ich stronę.

- A dobry. Jak dla kogo on tam dobry - sąsiad mi odpowiada.

Jego żona łypnęła w moją stronę swoim jednym okiem cyklopa. Mam konkretne podejrzenie, że ona i Marcin to może być jakaś rodzina. Z bliska widzę, że na drugim oczku ma opatrunek.

- Jęczmień - wyjaśnia, gdy spostrzegła mój pytający wzrok.

Ja tam mam na to swoją własną teorię. Dostałaś kobieto zapalenia spojówki od tego ciągłego podglądania. Oczko zwyczajnie odmówiło współpracy. Oczko oczkiem, ale i tak jest super, że mi się tutaj trafili. Sąsiad to kawał chłopa. Synkowi też nic nie brakuje. O sąsiadce nie wspomnę. I ja też tu jestem!
 Na klatce nikt się nie czai. Drzwi mojego mieszkania są otwarte. Karol śpi w najlepsze. No pięknie! Uzbrojona w szczotkę na kiju przeszukuję wszystkie kąty. Po Marcinie ani śladu. Nie ma go w szafach, pod stołem, ani za kanapą. Zamykam drzwi na zamek. Samanto, za dużo horrorów w swoim życiu się naoglądałaś. Spauzuj kobieto!- rozkazuję sobie- Co dalej? Dochodzi dwudziesta. Budzić Karola? Nie, chyba nie. Piszę maila do Basi. Z tym, że ani słowa o dzisiejszym incydencie. Tylko same „ochy” i „achy”. Wyłączam komórkę. Jestem wolna. Nalewam sobie lampkę wina i maszeruję do łazienki. Zapalam lampiony  i napuszczam gorącej wody do wanny. O tak, zostanę tu do jutra. Brakuje mi tylko jakiejś fajnej muzyki. Za późno, już się stąd nie ruszę. Wino, o tak, to jest to co zestresowane dziewczynki kochają najbardziej. Jego wytrawny smak miękko rozpływa się w moich ustach. W połączeniu z kąpielą działa kojąco. Tylko nie myśl!- rozkazuję sama sobie- I nie rycz! Na to też niestety jest już za późno. Wypłakuję stres. Trudno, jutro znów muszę być twardzielką.

Drzwi do łazienki otwiera Karol. Zlustrował w try miga całą sytuację.

- Płaczesz i pijesz? Chcesz być sama? - wyłapałam w jego głosie nutę nadziei.

Egoista. Nie po to mam męża żeby cierpieć w samotności.

- Nie chcę- odpowiadam ku jego zaskoczeniu.

- Coś się stało?- unika mojego wzroku.

- Mało nie umarłam! Karol, niewiele brakowało!- wyrzucam z siebie.

- Dzisiaj też?  Sam, ty „prawie umierasz” z cykliczną regularnością.

- Dzięki za wsparcie- nadąsałam się.

- Nie obrażaj się. Mówię jak to wygląda. Co tym razem?- łaskawie zapytał.

- Gucio! Idź sobie!

- Bo tak na prawdę to umówiłem się z Andrzejem- szybko mówi.

- OK. To idź- mam swój honor.

- To idę. Wrócę nie za długo. Gdzie masz dowód rejestracyjny?

- Tam gdzie zawsze.

- To znaczy?

- Karol, pytasz mnie o to z cykliczną regularnością. Poradź sobie sam. I dolej mi wina.

Przyniósł mi wino, cmoknął w czółko i tyle go miałam.

- Nie bądź na mnie zła. - rzucił na odchodne.

- A tam zaraz zła. Jest tyle innych słów na określenie tego.

Jak mawiał pewien pan z kabaretu.  Tylko nie myśl! 



Nowszy post Starszy post Strona główna

0 komentarze: