A jednak...

By | 9/27/2015 Skomentuj
- Może ten kompot już się ugotował?
- Zaraz zobaczę - Karol podniósł się z kanapy.
Tak bardzo boli mnie gardło, że jedyne co mogę przełknąć to płyn. Marzy mi się kompot truskawkowy. Na obiad była kanapka z szynką i z pomidorem. To nie dla mnie. Mój facet nie jest mistrzem w kuchni.  Jestem tak słaba, że wyjście do łazienki wymaga ode mnie heroicznego wysiłku. Cały dzień przesypiam, a Karol ogląda filmy na YouTube. Głównie doniesienia w kwestii imigrantów. Budzę się w między czasie i trafiam na relacje z różnych stron Europy. Raz są to wydarzenia z Niemiec, innym razem z Francji czy Szwecji. Po jakimś czasie odnoszę wrażenie, że muzułmanie stoją już na progu naszego mieszkania. Oczywiście z zamiarem pozbawienia nas głów. To nie jest dobry temat w czasie rekonwalescencji. Nie chcę jednak naciskać na Karola, żeby dał sobie spokój z tym doinformowaniem. Wiem, nadrabia tygodniowe zaległości. Wróci do pracy i przecież musi mieć o czym rozmawiać z kolegami. Jestem zbyt chora by tłumaczyć mu cel kręcenia tego typu programów. Oraz to, jak sztucznie pompuje się w nich napięcie. Moje skromne prywatne zdanie, które nikogo nie obchodzi, jest takie, że za takimi wydarzeniami stoi coś naprawdę ważnego, od czego usiłuje się odciągnąć publiczną uwagę. Świat w którym żyjemy nie jest stabilny. Jestem tak zmęczona medialną papką na co dzień, że teraz tym bardziej mam dość. Szczególnie tych wszystkich spekulacji w jakim kierunku to się potoczy. Wracam do sypialni.
- Zobacz co Kolonko nadaje - woła za mną Karol
- Może później - szepczę.
Na dziś koniec zastraszania. Marzy mi się świat idealny. Nie chcę się karmić paskudztwem. I bez tego jestem chora. Mam w sypialni półkę z książkami. Kupuję je z zamiarem przeczytania w tak zwanej wolnej chwili. Trochę się już tego uzbierało. Za to ten wolny czas jakby się skurczył. Gdy przypadkiem już mi się przytrafi, to śpię lub nadrabiam zaległości… w pracy. Taki traf. Czytanie to nie jedyna przyjemność, której się musiałam wyzbyć. Przetwory na zimę, to moja kolejna zwałka. Uwielbiam te wszystkie śliczne, kolorowe słoiczki. Dżemiki, pikle, soczki, sałatki i moje ukochane grzybki marynowane. Ile fajnych pomysłów mają dziewczyny na swoich blogach! Szkoda, że nie mam kiedy produkować tych cudów. Jeśli już coś trafi na mój regał w piwniczce, to drogą szczodrego obdarowania. Na szczęście mama, teściowa i Jagódka to fanki przetworów. Jagódka i Pachnący ze szczególnym naciskiem na grzybobranie i grzybo-przetwórstwo. Coś tam nieraz mi kapną. Niech im za to grzyby w lesie rosną! Mama robi soki z malin w hurtowej ilości, a teściowa ogórki. Ojcuś cytrynówkę. I tak mi ta zima zleci. Resztę w biegu dokupię. Ale rzecz jasna, pozbywam się nie lada frajdy i nie realizuję się jako stuprocentowa kobieta. Wiem, że drzemie we mnie
artystyczna dusza więc miałabym pole do popisu. Jeszcze nie teraz Samanto. Ze mną tak jest, że o ogórkach na zimę przypominam sobie wtedy gdy one już się skończą. Mimo szczerych chęci. Zadzwonił mój telefon. O rany, kto to? Wcale nie mam ochoty na rozmowę. Predyspozycji też nie mam. Nie, nie odbieram. W końcu ledwo żyję. Cóż, ktoś jest bardzo natarczywy, za bardzo jak na niedzielny wieczór. Zerkam kto to. Basia?
- Hej - usiłuję wydobyć z siebie głos
W odpowiedzi słyszę najpierw szloch, a potem dopiero ludzką mowę.
- Samanto, dziękuję, że odebrałaś! Czy mogę do ciebie przyjść?
- Basiu, jasne, że tak…ale ja jestem chora…
- Nie ważne, o ile ci nie będę przeszkadzała. Nie mam się gdzie podziać. Misiek kazał mi się wyprowadzić!
- Co???
- No tak!- szloch - Jednak jest z tą dziewczyną.- szloch.
Dlaczego teraz? Nie mógł poczekać aż będę zdrowa? Nie mam siły zająć się sobą, a tu Basia… Wstydź się Samanto! Ciebie nikt z domu nie wyrzucił. Ludzie, to jakiś absurd.
- Basiu…czy ty wszystko dobrze zrozumiałaś? - pytam głupio
- Jak cholera!- szloch- Ja nie chcę żyć!
- Ok., ok.- mówię szybko - Gdzie ty jesteś?
Szloch, smarkanie, łkanie. Dobrze nie jest. Co ja teraz zrobię?
- Przyjedź Basiu - mówię.
Wstaję z łóżka. Karol obrzucił mnie zdziwionym spojrzeniem. Ja go też, bo nie pamiętam żebyśmy mieli w lodówce piwo.
- Moja przyjaciółka ma problemy.- łapię oddech- i zaraz do nas wpadnie. Możliwe, że zanocuje.
- Gdzie? W wannie?
- …No może tu, na kanapie?...
- A co ze mną? Mam się zarazić od ciebie?! Jaka przyjaciółka?!- jest zły.
- Karolku, proszę cię.. ona ma kłopoty. To Basia, z mojej pracy.
- Co? Ledwo zaczęłaś tam pracować, a już masz przyjaciółkę? Jaka znowu Basia?
Nie lubię jak na mnie krzyczy. Nic złego nie zrobiłam. Mam prawo pomóc człowiekowi w potrzebie. Gdyby on oczekiwał tego ode mnie, nie zawahałabym się ani minuty. Czy Karol zawsze był taki ? A to dobre pytanie.
- Basia, nasza dziennikarka. Jej mąż ma kogoś- uznałam, że powinnam mu to powiedzieć
- No to piękne masz tam towarzystwo! Jasne, ja się mogę wynieść!
- Co robisz?- pytam
- Jak to co? Wychodzę!
- Nie, nie musisz.
Śmiech. Spakował się błyskawicznie. I wyszedł. Dokąd?  Nie opłaca mi się wracać do łóżka, bo mam nadzieję, że Basia szybko się zjawi. Tracę siły. Po nie wiem jakim czasie, w końcu odezwał się domofon. Wpuszczam Basię.
- Przepraszam cię Samanto!- oczy ma zapuchnięte od płaczu.
- Nie ma sprawy. Tak mi przykro.
- Ależ ty jesteś chora! O nie, nie powinnam była ci się zwalać!
- Mam anginę.
- O nie! Powinnam iść do jakiegoś hotelu.
- Spokojnie. Z tym, że sama będziesz musiała pościelić sobie łóżko. A tak w ogóle, to nie daję rady utrzymać się na nogach.
- Połóż się!
Idziemy do mojej sypialni. Basia siada na podłodze, plecami oparta o szafę. Jak leżę to jest  mi już lepiej. Ona może tu sobie być, bylebym nie musiała nic więcej robić.
- Opowiadaj- proponuję.
- Od czego mam zacząć? Najpierw wszystkiego się wyparł. Powiedział, że to był taki dowcip. Uwierzyłam mu. Dzisiaj… ta dziewczyna przyjechała do nas. Ona jest w ciąży. W trzecim miesiącu. Kazała Miśkowi zdecydować. I on zdecydował. Nie zostawi swojego dziecka, a tę Iwonkę kocha. Mieszkanie jest jego, sama więc rozumiesz?
- Nie wiem… Tak po prostu wyszłaś?
- A co miałam zrobić? Co może zrobić kobieta w takiej sytuacji?
- Nie wiem. Walczyć?
Basia spuściła głowę. Gdybym była zdrowa to zapewne przytuliłabym ją. Naprawdę mi jej szkoda. Jakimś dziwnym trafem Basi problemy spadły i na mnie. Ich kaliber tak bardzo mnie zaskoczył, że jedyne co mi przyszło do głowy, to odłożyć ten problem do jutra. Dzisiaj i tak nie jestem w stanie nic zrobić. A czy ona myśli racjonalnie? Biedna Basia.


Nowszy post Starszy post Strona główna

0 komentarze: