- Tylko proszę cię, nie pędź- błagam.
- Nie mam takiego zamiaru.
Wyjeżdżamy z miasta. To nie będzie jakaś wyjątkowo długa jazda. Niewiele ponad dwie godziny i dojedziemy na miejsce. Ale i tak żałuję, że nie mam skrzydeł. Staję się coraz bardziej niespokojna. Klimatyzacja w samochodzie przynosi delikatną ulgę, bo na zewnątrz panuje niesamowity skwar. To było wyjątkowo upalne lato. Patrzę na wysuszoną kukurydzę i próbuję nie fantazjować, co się teraz dzieje z moją mamą. Już niedługo ją zobaczę. Szybko mijamy przydrożne domy. Mam przy tej trasie taki jeden, swój ulubiony. Zawsze gdy obok niego przejeżdżam, to próbuję odgadnąć jacy ludzie w nim mieszkają? Czy są szczęśliwi, żyjąc w tak pięknym otoczeniu? Jaka mieszka tu kobieta? Czy ten dom jest spełnieniem jej marzeń? Kiedyś myślałam, że Karol zbuduje dla nas dom. Nie koniecznie z basenem. Mógłby być całkiem malutki. Oby własny i z garderobą. A w tej garderobie zainstalowałabym sobie szklaną, podświetlaną szafę. Tylko na buty. Potem gdzieś przeczytałam, że mężczyźni budują domy a chłopcy mieszkają w szałasach. No cóż… Nikt mi nie przystawiał lufy pistoletu do skroni. Ja też w pewnym stopniu musiałam go rozczarować. Kiedy przestaliśmy się ze sobą przyjaźnić? Czy w ogóle była między nami przyjaźń? Bywają dni, gdy ze sobą nie rozmawiamy. Robi mi się ciężko na duszy.
- Coś dziwnego dzieje się z pogodą - docierają do mnie słowa Jagódki.
- To znaczy? - próbuję zrozumieć o co jej chodzi
- Te chmury za nami… są jakieś groźne. Muszę zatankować na najbliższym CPN-ie.
Rzeczywiście mocno się zachmurzyło. I wiatr się zerwał. Jak nic, będzie burza. Jagoda widocznie pomyślała o tym samym, bo włączyła radio. Przyśpiesza. Na mój pytający wzrok odpowiada
- Jeśli to burza, to spróbujmy ją wyprzedzić.
- Ok.- zgadzam się.
Wieje bardzo mocno. Żałuję, że nie mamy CB radia. Dostrzegamy stację paliw więc podjeżdżamy pod dystrybutor.
- Zobacz, jak się coraz bardziej chmurzy. Jest prawie ciemno…- mówię.
Lunął deszcz.
- No pięknie! Czy ktoś tu do nas podejdzie?! Masz może parasolkę? - pyta mnie siostra
- Żartujesz? W tak wyjątkowo słoneczny dzień? Mam kurtkę, chcesz? Albo dobra, wysiadam z tobą.
Mocne pukanie w szybę przyjmuję z ulgą. Jagódka wyskakuje z samochodu. Przez ten szalony wiatr z trudem słyszę jak krzyczy
- Do pełna!
Jest tak ciemno, że nic nie widzę. Nagle przeszywa niebo potężna błyskawica. W chwilę po niej, grzmot. Całkiem blisko. Nie wiem czy boję się burzy. Pioruny zawsze mnie zachwycały. Sięgam szybko po torbę i wyjmuję aparat. W życiu nie przegapię takiej okazji! Włączam tryb nagrywania. Błyskawice jedna po drugiej jak oszalałe tańczą po niebie. Mam wrażenie, że siedzę pod uszkodzoną linią wysokiego napięcia. Czuję jak podnosi mi się poziom adrenaliny, ale tylko z tego powodu, że mój obiektyw to wszystko rejestruje. O ile cokolwiek rejestruje… Wiatr nabiera coraz większego rozpędu. Tuż obok mnie przelatuje kosz na śmieci. Bo to był chyba kosz?...Jagódka wali pięścią w drzwi auta. Bardziej czuję, niż widzę, jak przykłada głowę do szyby i chyba coś krzyczy. Muszę do niej wyjść. Ok., uświadamiam sobie, że znalazłyśmy się w centrum nawałnicy. Drzwi samochodu nie sposób otworzyć. Tak wielki jest napór powietrza. Gramolę się na drugą stronę auta i próbuję jeszcze raz. Udaje mi się, wysiadam. I w tym samym momencie żałuję tego co zrobiłam. Cała moją masę ciała przegina na jedną stronę. Instynktownie próbuję się czegoś złapać. Trzymam się dystrybutora. Chociaż prawdopodobnie nade mną jest daszek, w jednej chwili deszcz zmoczył mnie całkowicie. W świetle błyskawic widzę, że tego daszku raczej już nie ma. Tak, to jakiś huragan. Ten lodowaty strumień wody i szalony wiatr. Huk i świst. Czy coś się wali? Gdzie jest Jagódka? Z której strony znajduje się budynek stacji paliw?
- Jagódka! - wątpię aby mnie usłyszała skoro ja sama siebie nie słyszę.
Nie wiem ile czasu upływa. Jestem przemarznięta i dzwonią mi zęby. Światło mam za plecami. Dobra. Ona musiała dotrzeć do budynku. Instynkt samozachowawczy podpowiada mi żeby wrócić do samochodu. To w tym momencie, najbliższe i najbezpieczniejsze miejsce. W przypadku uderzenia pioruna karoseria ochroni wnętrze. Wystarczy puścić dystrybutor i obrać właściwy kierunek. Teraz! Ruszam na poszukiwanie mojej siostry. Po chwili nie wiem gdzie jestem. Nic nie widzę. Jest przeraźliwie zimno. Wichura przewraca mnie na ziemię. Nie dam rady wstać. Nie dam rady.. .Grad, z nieba spada grad. Dostałam cios z tyłu głowy. Na szczęście strumień zimnej wody działa jak środek znieczulający. I nagle przestaję czuć ten chłód. Mogę już tak tu zostać. Coś runęło z góry na mnie. Tuż przy swoim uchu słyszę krzyk.
- Błagam cię, wstań! Nie możesz leżeć na mokrej ziemi! To pewna śmierć!
Unoszę głowę. To Jagódka! Jak mnie znalazła?
- Wstawaj Samanto! Błagam cię!
Pomaga mi wstać. Z trudem utrzymujemy pion, ale nie wypuszczamy się z objęcia. Jak dobrze, że nic jej się nie stało! W pewnym momencie ktoś nam pomaga. Wewnątrz budynku gaśnie prąd. Ktoś otwiera drzwi. Wchodzimy do środka.
- Czy pani zwariowała?! - jakiś obcy facet krzyczy na moją siostrę - Dlaczego pani wyszła?!
- Wydawało mi się, że w świetle błyskawicy zobaczyłam twoją kurtkę. Masz przy rękawach odblaski? - Jagódka nie zwraca uwagi na krzykacza.
Mocno przytulamy się do siebie. Czuję na szyi jej ciepły oddech. Jest cała. Odpowiadam przez zaciśnięte gardło
- Karol kazał mi kupić tę kurtkę.
- Mądry z niego gość.
Znów zaczynamy telepać się z zimna. Ktoś podaje nam papierowe ręczniki. Wycieramy twarz. Dociera do mnie płacz dziecka. „Mamusiu, ja chcę do domku. Boję się!”. Aha, jest tu trochę ludzi. Krzykacz wkłada mi w dłoń kubeczek z gorącą kawą. Okazuje się, że to pracownik stacji. Mówi, że ma na imię Paweł. Nad nami trzeszczy dach. Zamieram. Tylko nie to. Czy ten budynek zaczyna się bujać? Jak to możliwe? Dziecko płacze coraz głośniej. Nagle, w jednej sekundzie wszystko zamilkło. Ta cisza jest chyba bardziej niesamowita i przerażająca, niż wcześniejsza burza. Nikt się nie odzywa. Czekamy. Dociera do mnie cichy głos mojej siostry. Mówi, że musimy zdecydować, co robimy. Bez zbędnych wyjaśnień wiem co ma na myśli. Wracamy czy jedziemy dalej? Milcząco porozumiewamy się wzrokiem. Dopijam kawę. Wychodzimy na deszcz i pędem do samochodu. Paweł krzyczy za nami. Domyślam się, że posłał nam na do widzenia kilka epitetów. Ruszamy w stronę Zadupia. Próbuję zadzwonić do ojcusia, ale straciłam zasięg. Może później się uda.
- Znów nie zapinasz pasów Samanto. - słyszę w jej głosie naganę.
Podczepiamy się pod mijające nas audi. Siedzimy mu na ogonie. Jak to mówią, w kupie raźniej. Nagle audi z piskiem hamuje. Jagódka odbija w bok. Tym razem słyszę swój krzyk. Audi uderza z impetem w zwalone na drogę drzewo. Robimy piruet, przeskakujemy rów i nurkujemy w szczerym polu. Słyszę tylko pracujące wycieraczki. Boję się ruszyć.
- Samanto…
- Tak?
- Żyjesz! - ulga w jej głosie, a za moment - Dasz radę? Musimy sprawdzić co z tym gościem.
Wiem, że ma na myśli tego z audi. Dziwię się jak to się stało, że mam na kolanach bagaż Jagódki. Trzęsą mi się ręce. Nie chcę wysiadać. Chcę do Karola. Do Zadupia.

0 komentarze: