Przez żołądek do serca

By | 9/20/2015 Skomentuj
Już sama nie wiem co o sobie myśleć. Jestem jednak niestabilna emocjonalnie. Jednego dnia mam ochotę rozwieść się z Karolem, a drugiego dostaję kręćka na samą myśl o tym, że miałabym nie uratować naszego  małżeństwa. Gdzie tu logika? W każdym bądź razie pomyślałam, że to tak głupio karmić męża surówką. Jeśli mam nakryć stół obrusem, to wypada żeby było co na nim postawić. Zdecydowałam przetestować na Karolu starą maksymę, że przez żołądek do serca. Kupiłam wino i zasięgnęłam rady u wujka Google w kwestii smacznej przekąski. Padło na placuszki z cukinii.  Przepis na tyle prosty, że podjęłam wyzwanie. Obrać cukinię i dwa ziemniaczki. Zetrzeć na tarce o dużych oczkach i posolić. Co nieco odlać tego płynu który powstanie. Dodać dwie łyżki mąki, jajko, czosnek i pieprz. Usmażyć placuszki. Teraz najciekawsze, a mianowicie farsz do tych placuszków. Cebula i czosnek na patelnię. Do tego pieczarki, suszone pomidory takie ze słoika w zalewie i groszek konserwowy. Dodać łyżkę śmietany i ulubione ziółka. Ja mam mrożony koperek i natkę. Na placki nakłada się farsz i ozdabia łyżką sosu tzatziki. Jakby nie patrzeć, wygląda mi to na fajne wegetariańskie danie. Nie jest to co prawda placek po węgiersku, ale to i lepiej. Gdybym miała go pod nosem, to żegnaj dieto. Karol powinien docenić kuchenne aromaty. Z tym, że nie zaszkodziłoby umyć podłogę. Hm, to może i okno przelecę. Tak, i postawię na kuchennym parapecie doniczkę z wrzosem. No to do dzieła Samanto. Najpierw sprzątanie, żeby nie zaprzepaścić tej weny. Potem polecę po wrzos i zakupy. Przydałoby się zapalić świecę. Z tym, że raczej w domu mam same niedopałki świec. Po ponad godzinie moje mieszkanko nabrało delikatnego blasku. Zdecydowanie za rzadko tak je dopieszczam. A szkoda, bo w posprzątanym domku inaczej się żyje. Jakby przyjemniej. Zadowolona z efektu lecę po zakupy. Kupuję w zasadzie same warzywa więc przy kasie mogę bez wstydu spojrzeć kasjerce w oczy. A to całkiem nowe doznanie. Milutkie. Jeszcze wrzos i do domku. Prysznic, makijaż, perfumy. I do garów. Tak skalkulowałam czas, że Karol powinien zjawić się akurat w kulminacyjnym momencie mojego majstersztyku. Ja pachnąca, kuchnia pachnąca, wino schłodzone, świeca zapalona i obrusik elegancko wyprasowany. Za pięć osiemnasta nerwowo zerknęłam na duży kuchenny zegar z Ikei. Dzwonek do drzwi. Zwariował, czemu dzwoni?
- Otarte! - krzyczę - Dlaczego dzwonisz jak gość?
- Witaj kochanie, bo ja jakoś tak trochę czuję się jak gość - w progu stanęła moja teściowa.
- Mama? O, jak miło! Właśnie szykuję coś do jedzenia.
- O, to dobrze trafiłam. A Karol jest?
- Zaraz będzie. Proszę, niech mama siada. Coś mamie podać do picia?
- Nie, może później.
No tak, to będzie jakieś później. I po mojej małżeńskiej kolacji!
- Chciałam zabrać Karola do siebie. Kran mi cieknie, trzeba to sprawdzić. Spać nie mogę jak on tak cieknie.
- Jasne. Jak trzeba to trzeba - a jednak intuicja mnie nie zawiodła.
- Taki wrzos to ze dwanaście złotych kosztuje? - spytała teściowa.
- Nie pamiętam, możliwe.
Karol zjawił się o czasie. Z butelką wina.
- Co tak z alkoholem wracasz z pracy? - przepytuje go teściowa
- To mam poza domem pić? - cmoknął mamę w policzek. Potem cmoknął mnie. Szkoda, że nie w odwrotnej kolejności.
- Już to z Samantą ustaliłam. Podjedziesz do mnie? Mam zepsuty kran, cieknie..
- Tak? - to było pytanie skierowane do mnie
- Może najpierw zjedzmy póki ciepłe - proponuję i wzruszam ramionami. A co ja mam tu do powiedzenia? Mam powiedzieć teściowej żeby spadała? Jeśli już ktoś ma jej odmówić, to raczej jej syn. Zajadają moje placuszki, ja skubię surówkę. Proponuję dokładkę
- Mam Karolku w domu twoje ulubione kopytka, to sobie jeszcze zjesz. To co synku, idziemy?

I sobie poszli. Zapaliłam świecę, otworzyłam wino. Samanto, to za ten dzisiejszy wieczór. Świetnie się spisałaś. Szkoda, że tak rzadko używasz tych perfum. Całkiem niezłe to wino, odpowiednio schłodzone. Płomyk mojej świeczki tańczy wesoło. Przynajmniej on ma humor. Biorę dolewkę  pod ten płomyk. Wiesz płomyczku, prawie mi się udało. O ile znam moją teściową to na kranie się nie skończy. Skoro już synku jesteś, to może naprawisz mi… Skoro już tu jestem, to może naprawię ci…Przez łzy parsknęłam śmiechem. No dobrze Samanto, nie zmarnuj tego wieczoru. Bierz się za pracę. W końcu mam co montować. Zmywam jeszcze brudne naczynia i pochylam się nad laptopem. Jest w zasadzie tak jak zawsze. Ja i moja praca. Ślęczę tak kilka godzin i w końcu daję za wygraną. Kładę się do łóżka. Próbuję poczytać przed snem, ale ze zmęczenia nie mogę się skupić. Gaszę lampkę, za oknem ktoś jeszcze spaceruje z psem. Potem słyszę jak Karol wraca.
- Sam, śpisz już?
Nie wiem dlaczego milczę. Chyba nie chce mi się z nim gadać.
- No to sobie śpij. - i wyszedł z sypialni.
To sobie śpię. O co ja mam żal? Bądź dorosła. Matkę ma się jedną. Czułabym się lepiej gdyby wystawił ją za drzwi? Oczywiście, że nie. Miałabym okropne wyrzuty sumienia i wyobrażałabym sobie jak moja teściowa wyżala się do swoich sąsiadek. A one kiwają głowami w geście współczucia. Biedny Karolek, ależ mu się żona trafiła. Biedny Karolek zapewne rozsiadł się przed telewizorem i na kanapie przyśnie. Drażnią mnie te odgłosy z drugiego pokoju więc nakrywam poduszką głowę. Przestań się zamartwiać Samanto. Nie rozwiążesz i tak tych problemów. Zwalisz sobie jedynie tę noc. Jutro się pomartwisz.


zdj: domiwarsztat.pl

Nowszy post Starszy post Strona główna

0 komentarze: